Nie planowałam pisać o Torze. Ten tekst miał być o randkach. Ale w pewnym momencie te dwa światy zaczęły się niepokojąco spotykać.
Gdy ostatnio rozmawiam ze znajomymi o randkach, w kółko wracają te same hasła. Tinder. Bumble. Przesuwanie w prawo i w lewo. Znużenie. Rezygnacja: „to i tak donikąd nie prowadzi”. Coraz rzadziej słychać ekscytację, coraz częściej zmęczenie – nie samymi ludźmi, ale formatem.
Wygląda na to, że randkowanie stało się czynnością mechaniczną, podporządkowaną algorytmowi i zdjęciu profilowemu. Jakby intymność dało się sprowadzić do kilku gestów kciukiem.
A przecież jeszcze niedawno aplikacje randkowe wydawały się emancypacyjne. Obiecywały dostęp do ludzi, których nigdy nie spotkalibyśmy w „realu”, możliwość poznawania się bez wychodzenia z domu, wyjście poza własną bańkę. I to wszystko była prawda. Tylko że po drodze coś się wypłaszczyło. Rozmowa. Ciekawość. Czas.
Dziś nie chodzi już tylko o samotność, ale o wypalenie relacyjne. O przeciążenie kontaktami niskiej jakości. O randki, które zaczynają się i kończą, zanim zdążą się naprawdę wydarzyć. O fałszywe tożsamości rozmówców, którzy szukają nie relacji, lecz potwierdzenia własnej atrakcyjności, zdrady bez konsekwencji albo krótkiego, energetycznego zastrzyku dla ego. Do tego dochodzi poczucie bycia jednym z wielu, porównywanie się i to beznadziejne wrażenie, że ktoś potencjalnie nami zainteresowany jest jednocześnie zainteresowany dziesiątkami innych osób.
Gdy po raz pierwszy usłyszałam o Torze, moi rozmówcy mówili o tym zaskakująco spokojnie: o anonimowości, długich rozmowach, braku zdjęć i presji autoprezentacji. O miejscu, w którym – jak twierdzili – można najpierw porozmawiać. Bez deklaracji. Bez wystawiania się na ocenę.
Zatrzymajmy się na moment, bo warto to uporządkować. Tor nie jest „internetem w internecie” ani tajną wersją Google’a. To osobna sieć, niedostępna z poziomu zwykłej przeglądarki i nieindeksowana przez wyszukiwarki. To właśnie dlatego bywa wrzucany do jednego worka z tzw. darknetem.
Dla jasności: darknet nie oznacza z definicji niczego nielegalnego. To po prostu część internetu, do której nie da się wejść „z ulicy” — wymaga specjalnego oprogramowania i świadomej decyzji użytkownika. Tor jest jednym z narzędzi, które umożliwiają taki dostęp, ale sam w sobie nie jest przestępstwem.
Tor (skrót od "The Onion Router") to sieć zaprojektowana z myślą o anonimowości użytkowników. W uproszczeniu: ruch w internecie jest w niej wielokrotnie szyfrowany i prowadzony w taki sposób, by utrudnić ustalenie, kim jesteśmy i skąd się łączymy. To właśnie ta cecha sprawia, że Tor jest legalnym narzędziem prywatności, używanym przez dziennikarzy, aktywistów czy osoby żyjące w krajach z cenzurą.
Jednocześnie – i nie ma sensu tego pudrować – anonimowość przyciąga także tych, którzy nie mieszczą się w mainstreamie. W Torze funkcjonują niszowe społeczności, w tym seksualne i kinkowe, których albo nie ma w popularnych aplikacjach randkowych, albo są tam spychane na margines. Dla jednych Tor jest więc narzędziem ochrony prywatności, dla innych – jedyną przestrzenią, w której mogą rozmawiać otwarcie o swoich potrzebach bez lęku przed oceną, ujawnieniem prywatnych rozmów czy utratą kontroli nad własnym wizerunkiem.
I to właśnie ta dwoistość – między ochroną a ukryciem, między prywatnością a podejrzliwością – sprawia, że Tor tak silnie działa na wyobraźnię. I łatwo bywa mylony z tym, czym w istocie nie jest. I również dlatego Tor jest dziś tak ciekawy kulturowo.
Nie dlatego, że jest „lepszym Tinderem”. Nie jest.
Nie dlatego, że jest rozwiązaniem prostym, bezpiecznym czy uniwersalnym. Ale dlatego, że pokazuje, czego coraz więcej osób szuka, a czego aplikacje randkowe nie potrafią im już dać.
Tor nie jest przestrzenią stricte erotyczną. Wbrew obiegowym opiniom bywa raczej przestrzenią relacyjną – miejscem rozmowy, negocjowania granic, opowiadania siebie, zanim cokolwiek się wydarzy. Jeśli w ogóle.
Psychologowie od lat zwracają uwagę na paradoks naszych czasów: seks stał się łatwiejszy niż rozmowa o seksie. Ciała są wszechobecne, pragnienia – niekoniecznie nazwane. Aplikacje randkowe wprowadziły logikę rynku pożądania: konkurencję, porównywanie się, rankingi. Pożądanie stało się mierzalne – match, odpowiedź, brak odpowiedzi. Efekt? Spadek poczucia własnej wartości, zmęczenie, poczucie bycia wymienialnym.
Ten mechanizm dobrze pokazuje netflixowy serial „Nowy wspaniały świat”. W futurystycznym Londynie szczęście oznacza nieustanny seks, przyjemność i brak emocjonalnego dyskomfortu – na który zawsze można wziąć tabletkę. Relacje są szybkie, bezpieczne i płytkie. Dopiero zderzenie z „Dzikim” spoza systemu uświadamia bohaterom, że rozmowa, bliskość i zaangażowanie – choć wymagające – dają coś, czego nie zapewnia nieustanna gratyfikacja: sens.
Nic dziwnego, że również w naszym świecie, po okresie zachłyśnięcia się obyczajową swobodą, coraz częściej pojawia się potrzeba odwrócenia tej kolejności. Najpierw rozmowa, potem relacja, a dopiero na końcu randka. Najpierw bycie słyszanym, nie - oglądanym. Najpierw intymność bez widzialności.
W tym sensie „randkowanie na Torze” nie jest ucieczką w mrok, lecz próbą odzyskania kontroli nad intymnością w świecie, w którym randki stały się masowym formatem. Nie chodzi o to, że ludzie masowo szukają tam partnerów. Raczej o to, że szukają warunków, w których rozmowa w ogóle ma szansę się wydarzyć. Bez algorytmu. Bez presji. Bez konieczności natychmiastowego określenia się.
I warto to powiedzieć jasno: Tor nie jest drogowskazem. Jest sygnałem ostrzegawczym. To nie jest instrukcja, by zamienić Bumble czy Tindera na Tor. To raczej opowieść o tym, czego dziś brakuje nam w randkowaniu. O naszej tęsknocie za relacją, która zaczyna się od słów, a nie od przesunięcia palcem w prawo.
Czy to rozwiązanie dla wszystkich? Oczywiście, że nie. Tor nie jest odpowiedzią. Jest pytaniem. Lustrem, w którym odbijają się nasze deficyty relacyjne. Jeśli coś nas w nim przyciąga, to nie „egzotyka darknetu”, ale zmęczenie formatem, który obiecywał bliskość, a skończył na efektywności.
Być może więc, miłe Panie i Panowie, jeśli randkujecie, zamiast pytać, gdzie dziś randkować, warto zapytać: czego tak naprawdę brakuje nam w randkowaniu. I dlaczego rozmowa – najprostsza, najstarsza forma bycia razem – stała się luksusem, którego zaczynamy szukać na obrzeżach systemu.