Pogranicze bez wojny
Śląsk Cieszyński odwiedzam dość często. Pasma Stożka, Czantorii, Baraniej Góry, Skrzycznego schodziłem wzdłuż i wszerz. W Ustroniu, w latach 1990-2000 odbywał się Gaude-Fest, czyli Ogólnopolski Festiwal Twórczości Religijnej, który przez parę lat stanowił obowiązkowy punkt moich wakacyjnych eskapad. Przy okazji jednej z nich, w sposób dość przypadkowy, trafiłem na Zaolzie. Tamtego lata do Ustronia postanowiłem wybrać się spod Warszawy autostopem. Z przyjaciółmi byliśmy umówieni bodaj na niedzielę, postanowiłem ruszyć w drogę w piątek rano, spodziewając się, że podróż może trwać długo. I tak się zapowiadało… Pierwszą ciężarówkę na słynnej „gierkówce” udało się złapać dość szybko. Wymalowane na niej logo „PKS Zawiercie” dawało nadzieję, że dojadę gdzieś pod Katowice. Ale gdzie tam… Tuż za Tomaszowem Mazowieckim zostałem z ciężarówki wyrzucony. Nieopatrznie powiedziałem kierowcy o moich planach na dalszą część wakacji, w tym kilkudniowym pobycie wspinaczkowym w okolicach Rzędkowic na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Okazało się, że kierowca ma tam działkę i, jak przekonywał, kilka razy musiał wozić do szpitala „połamańców”. Niespodziewane wyrzucenie mnie z auta argumentował tym, że ratuje mi życie…
Na szczęście dość szybko udało się złapać żuka. Sęk w tym, że nie zatrzymał się dla mnie. Był to pojazd techniczny zarządcy drogi. Kierowca zatrzymał się, by umyć znak, przy którym stałem. Ale zgodził się mnie zabrać, choć od razu powiedział, że jedzie tylko do Piotrkowa Trybunalskiego, a podróż będzie długa, bo on musi zatrzymać się przy każdym znaku. Faktycznie była długa, ale przynajmniej się wyspałem. W Piotrkowie udało się złapać auto jadące aż do Bielska-Białej, potem szybko kolejne. Prowadząca je dziewczyna jechała do Ustronia, proponowała, bym się u niej zatrzymał do niedzieli – było piątkowe popołudnie. Nie skorzystałem. Poprosiłem, by zostawiła mnie na skrzyżowaniu w Skoczowie. Umyśliłem bowiem, że skoro mam dwa dni, to odwiedzę Cieszyn.
Zatrzymał się maluch. Dwie dziewczyny jechały w zamierzonym przeze mnie kierunku, ale nie do Cieszyna, lecz do Dzięgielowa – wsi nieopodal, w której akurat odbywał się festiwal ewangelizacyjny organizowany przez jakąś wspólnotę Kościoła ewangelicko-reformowanego. Dziewczyny okazały się jego współorganizatorkami, zaproponowały namiot, jedzenie, picie. I następnego dnia wylądowałem w Cieszynie. Najpierw po „naszej” stronie romańska rotunda św. Mikołaja, potem po „tamtej” stronie czeskie piwo. Do Polski wracałem oczywiście pieszo przez łączący obie strony Olzy most graniczny, odprowadzany wzrokiem przez czeskich pograniczników i celników, którzy z wyraźną troską (tak sobie to tłumaczyłem) patrzyli na to, jak przygniata mnie nieco pobrzękujący plecak. Potem doszedłem do wniosku, że bardziej interesowało ich to, jak na mój widok zareagują ich polscy koledzy, ale ci uśmiechnęli się na mój widok z pobłażaniem i po szybkiej kontroli paszportu powitali w ojczyźnie. Tak, tak – to były jeszcze czasy kontroli granicznych, no i oczywiście limitów alkoholi, które można było przywieźć lub wnieść, tak jak wtedy ja… Takie to było pierwsze spotkanie z Zaolziem. Potem było ich znacznie więcej, ale dość mojego gadania. Lepiej niech zrobią to inni.
Krzysztof Dębiec, który kilka lat spędził na placówce dyplomatycznej w Czechach, opowiada zatem o bogactwie Zaolzia, ale i problemach, z którymi ten przepiękny region się boryka. Daria Chibner zabierze Państwa w podróż do Karwiny – miasta, które było niegdyś węglową potęgą i które węgiel zniszczył. Po starej Karwinie ostał się jedynie kościół (na dodatek krzywy), pomnik upamiętniający ofiary wielkiej tragedii górniczej z końca XIX w., no i ludzka pamięć. Z kolei Daniel Kordel opowiada o zapomnianej polsko-czechosłowackiej wojnie o Zaolzie. Tak, tak. Mieliśmy wojnę z Czechami! W styczniu 1919 r., trwała ledwie siedem dni. Przegraliśmy.
W tym numerze „Plus Minus” Marcin Łuniewski pisze też o tym, jak kremlowscy analitycy kreślą świat bez zasad i wartości. A Piotr Skwieciński zagląda do USA i… opowiada o Amerykanach, którzy masowo przechodzą na prawosławie. Państwa uwadze polecam też fascynujący wywiad Anny Zejdler z prof. Joanną Jurewicz, indolożką, która opowiada o swoim życiu z autyzmem. Piotr Zaremba, tym razem nie o polityce, ale o teatrze. Barbara Hollender oczywiście o filmie. Natomiast Adam Podlewski zastanawia się, czy kolejne pokolenie będzie traktowało zakończony niedawno serial „Stranger Things” jako obiekt kulturowej nostalgii. A stali felietoniści? Tego już nie powiem. Po prostu trzeba sięgnąć do „Plus Minus”. Zapraszam do lektury.