Dwie wojny i dwa rozejmy – tak wygląda dziś sytuacja na Bliskim Wschodzie. Pierwsza wojna USA-Izrael-Iran, rozpoczęta amerykańsko-izraelskimi atakami na Iran, teoretycznie skończyła się trzy tygodnie temu wypracowanym w Pakistanie rozejmem. Jednak w praktyce trwa w najlepsze. Nie udało się odblokować cieśniny Ormuz, którą arabska ropa pływa w świat, co oznacza, że ceny ropy nadal szaleją, a koszty dla świata rosną. Nie udało się też umówić na kolejne pokojowe negocjacje, a Amerykanie i Irańczycy zachowują się jakby sami nie wiedzieli czy w ogóle chcą rozmawiać.
Najpierw obie strony zapowiadały drugą rundę negocjacji w Islamabadzie. Potem Irańczycy zaczęli się migać – choć szef irańskiej dyplomacji poleciał do Pakistanu, zostawił na miejscu swoją listę żądań, po czym pospiesznie poleciał do Rosji spotkać się z Władimirem Putinem. Rosjanin ochoczo zapewnił go, że Irańczycy „dzielnie walczą” i z obiecał dalszą „strategiczną współpracę”.
Nic dziwnego, że Donald Trump się wściekł. Kiedy tylko Irańczyk opuścił Islamabad, amerykański prezydent zawrócił swoich wysłanników, którzy byli już podobno w drodze na lotnisko. Obwieścił, że szkoda amerykańskich pieniędzy i czasu na takie loty, a Irańczykom przekazał: Chcecie rozmawiać? To do mnie zadzwońcie.
Brak spotkań nie oznacza braku kontaktu, bo obie strony przekazują sobie swoje stanowiska rękami Pakistańczyków. W poniedziałek Irańczycy zażądali, by podczas ewentualnych negocjacji jedynym tematem była cieśnina Ormuz i by nikt nie wspominał o atomie. Trump, po rozmowie z doradcami od bezpieczeństwa, uznał, że to zły pomysł, bo pozbawi go zwycięstwa. Amerykanin idąc na wojnę chwalił się, że unicestwi cały irański program nuklearny. Póki co w negocjacjach panuje więc pat, a obie strony wydają się czekać kto pierwszy stchórzy.
Druga wojna, między Izraelem a Hezbollahem, toczy się w Libanie. Choć tam również teoretycznie od połowy kwietnia obowiązuje rozejm, faktycznie działania wojenne trwają w najlepsze. Terroryści ostrzeliwują miejscowości w północnym Izraelu, a Izrael prowadzi naloty na południowy Liban. Rację ma rzecznik Hezbollahu, który kilka dni temu przytomnie skwitował: Ten rozejm się w ogóle nie liczy.