Wiceprezydent USA J.D. Vance od kilku dni czekał w blokach startowych, by polecieć do Islamabadu na kolejną turę negocjacji z Iranem. Irańczycy długo milczeli, a potem ogłosili, że nie będą negocjować, dopóki Amerykanie prowadzą swoją blokadę cieśniny Ormuz.
Nie ufają Donaldowi Trumpowi, który co chwilę wysyła inne komunikaty.
Zmusiło go to do ogłoszenia, że przedłuża rozejm, który miał wygasnąć w środę. Oczywiście sytuacja Iranu, który wypalił, że „przegrywająca strona nie może dyktować warunków”, nie jest tak dobra, jak to przedstawia. To element gry, taktyki, prężenie muskułów. W rzeczywistości amerykańsko-izraelskie uderzenia zadały mu poważne straty, a blokada jego tankowców uderza po kieszeni. Natomiast widać, że Teheran zrozumiał jedną ważną rzecz: w relacjach z Trumpem nie można sygnalizować zbytniej słabości.
Iran to reżim, który ma na rękach krew swoich obywateli, i od dawna wspiera agresję Rosji na Ukrainę. Mimowolnie pokazuje jednak Trumpowi, jak powinien negocjować rozmawiać właśnie z Rosją.
Zanim jego uwagę odciągnęły najpierw Wenezuela, potem Bliski Wschód, amerykański prezydent miesiącami dawał się zwodzić Władimirowi Putinowi pozorami negocjacji. Można zastanawiać się, na ile wynikało to z jego naiwności, umiejętnego mydlenia mu oczu przez Putina, a na ile z bardziej cynicznych motywacji, od geopolitycznych po czysto biznesowe. Nie zmienia to faktu, że Europejczycy od początku wiedzieli, jak to się skończy: przedłużaniem się rosyjskiej agresji.
Źródła „New York Timesa” donoszą, że
próbując wyciągnąć go spod wpływów Kremla, ukraińscy negocjatorzy rzucali nawet pomysł ochrzczenia spornej części Donbasu „Donnylandem”, trochę na wzór Disneylandu i oczywiście w hołdzie dla Donalda. Tak naprawdę sporo mówi to, jak oceniają amerykańskiego prezydenta.