Środa, 22 kwietnia 2026

Monika Brason
dziennikarka Wysokich Obcasów

Wiedziałam, że mój związek nie działa. I zostawałam.
 
Miałam ostatnio chwilę refleksji. Zaczęło się niewinnie – od porządków w szafie, a skończyło na porządkach w historii moich związków. Bo stare wiadomości i zdjęcia — nasze i tych, których kiedyś kochałyśmy — poza walorem sentymentalnym mają w sobie coś bezczelnego. Przypominają nie tylko ludzi i wydarzenia, ale też tę wersję nas samych, której niekoniecznie chcemy pamiętać. Tę, która wierzyła w zupełnie inne rzeczy. A może tylko bardzo chciała wierzyć?

I nagle wracają pytania. Może nawet te same co kiedyś — tylko teraz trudniej je zagłuszyć i chyba łatwiej odpowiedzieć na nie uczciwie. Bo nie chodzi o to, że moi byli nagle wydali mi się „źli”. Najczęściej byli inteligentni, ciekawi, czasem pociągający. Chodzi o coś innego. O to, że większość tych relacji w pewnym momencie przestawała mi służyć. Przestawała być dla mnie dobra. I ja to wiedziałam, ale trwałam w nich zdecydowanie za długo. Jakbym wierzyła, że istnieje jakiś „perfect timing” na odejście i że trzeba go po prostu cierpliwie doczekać.
Mądrzejsza o kilka dobrych lat doświadczeń i z dostępem do badań, które potrafią zepsuć każdą romantyczną narrację, postanowiłam tym razem nie rozliczać się zbyt surowo. Zamiast tego przyjrzałam się własnemu modus operandi bardziej naukowo. W końcu — co się stało, to się nie odstanie.

Jeśli więc macie podobne doświadczenia, zapraszam. Może się okazać, że to nie jest historia o „złych wyborach”. Tylko o mechanizmach, które mają nad nami znacznie większą władzę, niż chcemy przyznać.

Punkt wyjścia daje jedna z najlepiej przebadanych teorii relacji — Investment Model Theory, stworzona przez amerykańską psycholożkę Caryl Rusbult. Model jest prosty: o tym, czy zostajemy w związku, decydują trzy rzeczy — satysfakcja, czyli czy jest nam dobrze; alternatywa, czyli czy mamy dokąd pójść; i inwestycje, czyli ile już w tę relację włożyliśmy.

Gdy tę teorię sprawdzono w badaniach Benjamina Le i Christophera R. Agnewa, obejmujących ponad 11,5 tysiąca uczestników, najsilniejszym czynnikiem okazała się satysfakcja. W dużym uproszczeniu: zostajemy, bo jest nam dobrze.

Tyle że to nie jest cała historia. Bo gdyby tak było, pakowalibyśmy manatki dokładnie w tym momencie, w którym przestaje być.
I tu zaczyna się sześć różnych scenariuszy relacji, które zaskakująco skutecznie trzymają nas na miejscu.

1. Relacje on-off

Czyli te, które się kończą… i powracają. W badaniach Rene M. Dailey, co prawda z rynku amerykańskiego, około połowa, a bywało że i ponad 60 proc. badanych deklarowało doświadczenie takiej relacji. I co ważniejsze — deklarowało, że to nie były związki dobre. Były zwykle mniej stabilne, bardziej konfliktowe, bardziej niepewne i mniej satysfakcjonujące niż relacje „ciągłe”. A mimo to ludzie do nich wracali.
Dlaczego?

Bo zostaje niedomknięcie. Silna więź. Wspólna historia. I wyjątkowo odporna na rzeczywistość nadzieja, że „tym razem będzie inaczej”. Dailey pokazała też coś jeszcze: w takich relacjach rozstania rzadziej są definitywne. Częściej zostawiają uchylone drzwi.

A uchylone drzwi bardzo łatwo znowu otworzyć.

2. Mechanizm niestabilnej nagrody

W skrajnej formie opisany jako trauma bonding przez Donalda G. Duttona i Susan L. Painter — więź, która powstaje w relacjach, gdzie bliskość przeplata się z napięciem, konfliktem albo zranieniem, a dobre momenty przychodzą po tych bardzo trudnych. I to właśnie ten kontrast robi najwięcej.

Bo kiedy po złym okresie pojawia się bliskość, ulga i „znowu jest dobrze”, nasz mózg zapamiętuje to znacznie mocniej niż spokojne, stabilne „jest okej”.

To ważne: ten termin dotyczy głównie relacji przemocowych, więc nie warto go nadużywać. Ale sam mechanizm jest uniwersalny.
Badania nad takimi relacjami pokazują, że to właśnie niestabilność — a nie stabilne poczucie bezpieczeństwa — potrafi budować najsilniejsze przywiązanie.

Psychologia nazywa to nieregularnym wzmocnieniem. Ten sam mechanizm, który sprawia, że ludzie nie odchodzą od stołu w kasynie.
Nie wygrywasz cały czas. Ale wygrywasz wystarczająco często, żeby zostać.

3. Uzależnienie emocjonalne
Nie jest oficjalną diagnozą, ale jest bardzo dobrze opisanym zjawiskiem.
Różni badacze nazywają to różnie — uzależnieniem od relacji, kompulsywnym przywiązaniem czy zależnością emocjonalną — ale sens jest podobny. W pewnym momencie nie jesteśmy już z kimś dlatego, że jest nam dobrze. Jesteśmy, bo trudno bez tej relacji funkcjonować.

Badania Helen Fisher pokazują, że intensywna miłość aktywuje w mózgu układ nagrody — poprawia nastrój, uspokaja, daje poczucie bezpieczeństwa. A jej brak wywołuje napięcie, niepokój, czasem wręcz coś na kształt „głodu”.

Najsilniej widać to u osób z lękowym stylem przywiązania — tych, które bardzo potrzebują bliskości i bardzo boją się jej utraty. Mają trudność z odejściem mimo cierpienia, bo lęk przed utratą relacji jest większy niż dyskomfort tkwienia w niej.

I wtedy pytanie „czy to mi służy” przegrywa z dużo prostszym:
„czy dam radę bez tego”.

4. Efekt zaangażowania

Ten element relacyjnej układanki — przyznaję — uderzył mnie najmocniej, bo to mój „case” związkowy. Problem tego, dlaczego zostajemy w relacjach mimo spadającej satysfakcji, bardzo dokładnie przebadali psychologowie społeczni Christopher R. Agnew i Christopher J. Wilson. I ich wnioski są mało romantyczne.

Bo kiedy nasze zaangażowanie jest wysokie, nie wycofujemy się.
Zaczynamy się bardziej starać — dokładnie w momencie, w którym powinniśmy się zatrzymać. Dokładamy, tłumaczymy, racjonalizujemy, dajemy kolejne szanse. Jakby ilość wysiłku mogła odwrócić jakość relacji.

I nagle przestaje chodzić o to, czy to jest dla mnie dobre. Zaczyna chodzić o to, żeby to jednak zadziałało. Za wszelką cenę. To jest moment, w którym tracimy najwięcej czasu, bo zamiast zamknąć rozdział, próbujemy go poprawiać.

A prawda jest dość brutalna. Nie wszystko da się „naprawić pracą nad relacją”. Krótkoterminowo tylko ją stabilizujemy. Niektóre rzeczy po prostu nie działają. I żadna ilość zaangażowania tego nie zmieni.

5. Inwestycje psychologiczne
Te najbardziej podstępne, bo kiedy myślimy o tym, co nas trzyma w relacji, widzimy rzeczy konkretne: czas, wspólne życie, sprawy do ogarnięcia.

A prawda jest taka, że to nie one trzymają najmocniej. Psychologowie Amy Goodfriend i Christopher R. Agnew pokazują, że najsilniejsze inwestycje nie są w rzeczywistości. Są w naszej głowie. Wspomnienia, to, co razem przeżyliśmy. Tożsamość „my”. I przyszłość, którą zdążyliśmy sobie wyobrazić.

Bo w relacji nie inwestujemy tylko w to, co jest. Inwestujemy w obietnicę tego, co się wydarzy. I nagle okazuje się, że kiedy odchodzimy, nie tracimy tylko partnera.

Tracimy historię. I wersję życia, którą z nim planowaliśmy.

6. Koszt odejścia
I wreszcie ostatni element tej układanki. Ten, który najmocniej rozbraja nasze własne historie o „miłości”.

Psycholożki Samantha Joel i Emily A. Impett przyjrzały się ludziom, którzy naprawdę stali na granicy: zostać albo odejść. Nie pytano ich o deklaracje. Patrzono na decyzje.

Wyszło coś bardzo niewygodnego. Możesz wiedzieć, że to nie działa — i nadal zostać. Bo decyzja o odejściu to nie tylko „to nie ma sensu”. To zderzenie z kosztem zmiany, niepewnością i ryzykiem. I nagle to nie jest już pytanie: czy jestem szczęśliwa, tylko: czy stać mnie na to, żeby odejść.
 
I jak, Drogie Czytelniczki i Czytelnicy, po tej dość bezlitosnej instrukcji obsługi naszych romantycznych wyborów? Ja dziś widzę swoje relacje dużo wyraźniej niż wtedy. Widzę, że to nie był brak uczuć. Nie pech. To były mechanizmy, których wtedy jeszcze nie rozumiałam — i z którymi nie miałam narzędzi, żeby sobie poradzić.
Satysfakcja sprawia, że wchodzimy w relacje, ale inwestycje, przywiązanie, niestabilne nagrody, lęk przed stratą i koszt zmiany sprawiają, że z nich nie wychodzimy — nawet wtedy, gdy już dawno przestały być dla nas dobre.

Prawda jest dużo prostsza, niż chcielibyśmy wierzyć. Nie ma idealnego momentu na odejście. Jest tylko taki, w którym przestajemy negocjować z rzeczywistością — i znajdujemy w sobie siłę, żeby wyjść.
Nie zostajemy w złych związkach z miłości. Zostajemy, bo nasz mózg nie znosi strat.

A jeśli dziś mam być wobec siebie trochę bardziej szczera i trochę bardziej świadoma niż kiedyś, zostaje mi jedno pytanie:
Czy dziś naprawdę potrafię podjąć inną decyzję?
 

To dzięki osobom, które subskrybują Wyborcza.pl, możemy tworzyć nie tylko ten newsletter, ale też reportaże, wywiady i śledztwa. Dziękujemy! Jeśli jeszcze nie masz prenumeraty cyfrowej, sprawdź aktualne promocje TUTAJ.

ZWIĄZKI

Zdrada to pole do negocjacji. Nie ma arbitralnej listy czynów o niej świadczących
Czy relacja z AI - np. wirtualny seks czy emocjonalna więź - może być formą zdrady? Skoro drugą stroną jest wyżej wspomniany algorytm, a nie człowiek? Rozmowa z dr. n. med. Robertem Kowalczykiem, psychologiem i seksuologiem.
CZYTAJ WIĘCEJ

SEKS

RELACJE

EKSPERTKI RADZĄ

REKOMENDACJE DLA CIEBIE