Nie ma drugiego takiego szlaku w polskich Tatrach: prowadzi powyżej 2000 m n.p.m. granią Tatr Wysokich między Zawratem i przełęczą Krzyżne. Przejście tej trasy - w wielu miejscach wąską skalną ścieżką nad przepaściami - zajmuje przeciętnie ponad siedem godzin. Mimo zamontowania w skałach łańcuchów i drabinek wyprawa wymaga doświadczenia w chodzeniu po górach.
Trasa pochłonęła już ponad 150 ofiar śmiertelnych. - To rejon, gdzie rokrocznie ratownicy mieli i mają wiele pracy. Pod tym względem trudno oddzielić Orlą Perć od szlaków, którymi można tam dojść czy przecinających tę drogę - tłumaczy Adam Marasek, który prowadzi kronikę TOPR.
Wysokogórski szlak od początku jego wytyczenia przyciągał turystów wierzących słowom ks. Walentego Gadowskiego, jednego z inicjatorów poprowadzenia Orlej Perci, że "sztuczne ułatwienia, jakie w nim dodano, poręczają bezpieczeństwo". Tymczasem to naprawdę trudna wycieczka dająca przedsmak taternickiej wspinaczki.
W szczycie wakacyjnego sezonu do szlaku na Orlą Perć tworzą się kolejki. Ratownicy widzieli tam wycieczki uczniów ubranych w lekkie adidasy, rodziny z małymi dziećmi. Zdarzały się nawet osoby z lękiem wysokości, proszące o pomoc w zejściu po drabinkach.
Wielokrotnie część turystów formułowała postulaty o lepsze zabezpieczenie tego szlaku. Pisano petycje o poprowadzenie tam via ferraty - czyli rozpięcie stalowej liny, do której turysta przypinałby się uprzężą wspinaczkową. Słowacy stworzyli taką drogę po swojej stronie Tatr Wysokich. Czy powinniśmy iść w ich ślady?