Pozorowane spotkanie ostatniej szansy
To nie jest powtórka z rozrywki. Kiedy prezes chciał pokazać, kto tu rządzi. I przykręcić śrubę, pokazać reszcie partii, że nie daje byłemu premierowi hasać bez smyczy. Ale koniec końców, jakoś to będzie, jakoś się dogadają, spotkają gdzieś w połowie drogi. Tak było poprzednim i jeszcze poprzedniejszym razem. Ale nie teraz.
Ktoś powie: ale przecież Mateusz Morawiecki mocno zabiegał o spotkanie ostatniej szansy, chciał się dogadać. Wczoraj nagrał nawet filmik, w którym zapewniał, jak mu zależy na partii i że właściwie to on jest prawdziwym PiS-em. Ale orzeł wylądował, PiS się właśnie rozpada.
Dlaczego? Można tłumaczyć, że Jarosław Kaczyński poczuł się oszukany, bo umawiali się, że stowarzyszenie Rozwój Plus nie będzie przypominać partii, a tu nagle organizuje właściwie partyjną konwencję, nazywając ją dla niepoznaki grillem. A to było jak splunięcie prezesowi w twarz.
Ale decyzję podjął tak naprawdę Mateusz Morawiecki. Nie chciał wcale teraz wychodzić z PiS-u. Wiedział jednak, że musi się szybko budować, bo w każdej chwili może zostać w partii zmarginalizowany. Dajmy na to: prezes podupadłby nagle na siłach, realną władzę przejęliby Sasin z Błaszczakiem, i co wtedy? Ale z drugiej strony, gdy ów grill doprowadził już prezesa do gorączki, to piłka była po stronie Morawieckiego. To od niego zależało, co dalej.
I wybrał. Jak słyszymy z jego bliskich kręgów, uznał, że trzeba działać teraz. Bo jeśli nie wykorzysta tej okazji, by odejść z hukiem, mało kogo już jego odejście będzie później interesować. Ultimatum uznał za idealną okazję. Tylko musi jeszcze mocniej uwiarygodnić się jako ofiara. Że to on chciał się dogadać. Pozorując spotkanie ostatniej szansy.