Rozłam w PiS i koniec epoki Kaczyńskiego. Trzy wnioski po rozwodzie Morawieckiego z partią
Choć wydawało się to absurdalne, bo obie strony ryzykują, że mogą sporo stracić, jednak doszło do rozłamu w PiS. – Trzydziestu kilku posłów naszej partii zrezygnowało z członkostwa – ogłosił mediom w samo południe prezes PiS Jarosław Kaczyński. Bardzo starannie dobierał słowa, by wyszło, że to nie on usunął Mateusza Morawieckiego i członków jego frakcji, lecz że była to ich decyzja.
– Do ostatniej chwili walczyliśmy o jedność obozu Prawa i Sprawiedliwości – przekonywał dwie godziny później sam Morawiecki. – Jest nas 40 posłów, senator oraz trzech europarlamentarzystów. Pojawiały się różne liczby, chcę to przeciąć. Mamy bardzo mocną reprezentację – przekonywał były premier. Cel był jasny: podkreślić, że nie chodzi o trzydzieści, a czterdzieści osób. I że to nie oni odeszli, ale zostali przez Kaczyńskiego wyrzuceni: – Ze mną są ludzie, którzy zakładali Prawo i Sprawiedliwość, niektórzy byli jeszcze w Porozumieniu Centrum. Byliśmy ludźmi, którzy zawsze na pierwszym miejscu stawiali nie tyle partię, co Polskę i sprawy ludzi. Dlatego nie mogliśmy się pogodzić z tym, żeby zmuszano nas do podpisania lojalki – przekonywał.
I to pierwsze pole gry, które warto dostrzec po dzisiejszym dniu. Stawką będzie zrzucenie na przeciwnika odpowiedzialności za doprowadzenie do rozłamu. Ani Kaczyński, ani Morawiecki nie chcą, by wyborcy uznali, że to oni są jemu winni. Morawiecki nie chciał sam odchodzić, czekał, aż Kaczyński go usunie. A ten wyszedł i ogłosił, że oni sami zrezygnowali. To trochę jak gra w to, kto pierwszy mrugnie. Albo klasyczna „blame game”, przekonanie, że rozłamowi winni są „oni”.
Drugim polem gry będzie próba zagospodarowania prawej strony sceny politycznej. – Dzisiaj sytuacja na polskiej prawicy jest taka, że nie ma ona hegemona, ma wiele nurtów. Spory na prawicy są dla nas sporami w rodzinie – mówił Morawiecki. Spory w rodzinie? O co tu chodzi? To proste: rozłam w PiS uruchamia zupełnie nową dynamikę na polskiej prawicy. Właśnie otworzył się sezon przetasowań. Może się bowiem okazać, że PiS po odejściu Morawieckiego spadnie poniżej 20 proc., a za jakiś czas zostanie przegonione przez Konfederację Brauna i Mentzena. Jeśli tak się stanie, politycy z PiS mogą zacząć przechodzić do Morawieckiego albo do Konfederacji. Ci, którzy zachęcali Kaczyńskiego do rozprawy z Morawieckim z kolei suflują, że PiS może zyskać. Przecież – przekonują – to Morawiecki był tak znienawidzony przez prawicę, że wyborcy, którzy uciekli z PiS do Konfederacji będą mogli wrócić. Inny argument mówi, że gdy Mentzen z Bosakiem wyrzucili Brauna, obie Konfederacje zaczęły rosnąć.
W rośnięcie PiS nie bardzo wierzę. Wydaje się natomiast, że stabilny układ, w którym rozgrywającym na prawicy był Kaczyński, a prócz niego byli mniejsi partnerzy, właśnie przechodzi do historii. Być może za rok polska scena polityczna będzie wyglądała inaczej. I do wyborów prawica będzie iść w konfiguracjach, których jeszcze nie możemy przewidzieć.
Ale – i to trzecie pole gry – przetasowania dotkną nie tylko prawicy. W nowej sytuacji znajdzie się PSL. Władysław Kosiniak-Kamysz nigdy nie był bliżej do tego, by zostać premierem. Jeszcze niedawno wydawało się, że będzie on skazany na sojusz z Donaldem Tuskiem i wejście na listy Koalicji Obywatelskiej. Dynamika, którą uruchamia rozłam w PiS, daje Kosiniakowi-Kamyszowi i PSL-owi zupełnie nowe szanse – łącznie z potencjalną koalicją z Morawieckim. Po wyborach to Kosiniak-Kamysz może stać się języczkiem u wagi i zdecydować o powstaniu jakiejś prawicowej koalicji, ale bez Grzegorza Brauna. Tak więc, fale wywołane rozłamem w PiS mogą wywołać sztorm również w Koalicji 15 października.
Dość powiedzieć, że 24 lipca 2026 roku zapisze się na długo w kronikach polskiej prawicy jako koniec pewnej epoki.