Lista stale się wydłuża. Syria, Gwatemala, Bangladesz, Indonezja, Portugalia, Francja. Kierowcy ciężarówek, taksówkarze, rybacy, zwykli ludzie, kolejno wychodzą na ulice protestować przeciwko rosnącym cenom ropy. A te szaleją – to co kiedyś wydawało się nie do pomyślenia, czyli ponad sto dolarów za baryłkę, dziś powoli staje się codziennością. Efekty są opłakane – rosną ceny benzyny na stacjach, koszty transportu, a z czasem – nawet podstawowych produktów.
Wysokie ceny ropy i wywołaną nimi inflację na skalę globalną świat zawdzięcza Amerykanom i Izraelczykom. W lutym zaatakowali Iran, tygodniami bombardując cele wojskowe i naftowe i zabijając co ważniejszych przywódców. W odpowiedzi Irańczycy zaatakowali roponośne kraje Zatoki Perskiej i zamknęli cieśninę Ormuz, którą arabska ropa pływała w świat.
Dziś na miejscu panuje pat – nie ma większych walk, ale nie ma też pokoju, a przesmyk pozostaje w dużej mierze zablokowany. Zamiast setek statków dziennie przepływa nim zaledwie kilka, co nie pozwala rynkom się uspokoić.
W dodatku w ostatnich tygodniach narasta związana z wojną w Iranie eskalacja na linii Arabia Saudyjska-Huti. Powiązani z Iranem jemeńscy rebelianci bombardują Saudom infrastrukturę naftową i nie wypuszczają z region saudyjskich tankowców. Są w stanie to robić, bo kontrolują drugi kluczowy dla transportu ropy przesmyk, Bab al-Mandab na Morzu Czerwonym. Brak saudyjskiej ropy na rynku pogłębia kłopoty świata – cena surowca w ostatnich dniach ponownie szaleje.
O ile na Zachodzie drogie paliwo wywołuje na razie głównie irytację kierowców i niewielkie protesty określonych branż, są kraje, gdzie sytuacja robi się groźna. Jak Syria, gdzie wykończeni wojną i klepiący biedę ludzie kilka dni temu dowiedzieli się, że paliwo drożeje o 40 proc. i natychmiast wyszli na ulice. Aleppo, Hama, Maraat an-Numan – to miejsca, które kojarzą nam się z dramatem syryjskiej wojny, która pochłonęła setki tysięcy ofiar i zrujnowała kraj. Dziś właśnie tam dochodzi do gwałtownych protestów, które służby bezpieczeństwa już zaczynają brutalnie tłumić.
Arabskie rewolucje zawsze zaczynają się od protestów przeciwko biedzie, a kończą zwykle tragicznie. Syryjczycy, którzy dopiero od półtora roku nie mają dyktatora i wojny liczą dziś na odrobinę spokoju. Oby bliskowschodnia awantura rozpętana przez Donalda Trumpa i jego izraelskich sojuszników nie odebrała im tej nadziei.